poniedziałek, 22 marca 2010

Nocna wycieczka na pogotowie

Weekend był bardzo intensywny. Najpierw mecz z chłopakami na osiedlowym boisku, następnie przygotowywanie wykładów na zajęcia ze studentami, wreszcie przygotowanie imprezy urodzinowej od Natanka. No i w konsekwencji urodzinowe spotkanie rodzinne. Po jego zakończeniu jeszcze dalszy ciąg "spotkania" z notatkami przed wykładami i wydawałoby się że spokojny sen. Wydawałoby się... O 2.30 Bartuś zaczął się dusić! Jego krtań tak obrzmiała, żę nie umiał oddychać. Pojechaliśmy na pogotowie. Po przebadaniu dostał zastrzyk i czekaliśmy na reakcję organizmu na lekarstwo. Oczekiwanie było napięte, bo w razie braku pozytywnej reakcji czekałby go szpital. Po 40 minutach wychodzilismy z gabinetu. Bartek nadal niezadowolony z tego, że otrzymał zastrzyk oraz że ma otrzymać w następnych dniach dwa kolejne z wielką stanowcząścią powiedział do nas: - "Nie zgadzam się na ostry dyżur!" (to pewnie takie skojarzenie filmu z miejscem pogotowia ratunkowego). Wróciliśmy do domu. Bartek był bardzo pobudzony, wokóle nie zauważał, że jest noc i trzeba iść spać, no lepiej się czuł. Zapytałem go: - Bartusia, zastrzyk pomógł? Bartek w pierwszym odruchu odpowiedział: - "Tak!". Ale już chwile potem zreflektował się (urealnił swój swój tosunek do zastrzyku) i powiedział: - Nie! Zastrzyk nie pomógł, to wycieczka pomogła!"

Następnego dnia Bartek zgodził się na kolejne dwa zastrzyki, bo Iza obiecała mu czołk i żołnierzyki w nagrodę. Jak wróciłem w niedzielę z uczelni, to już na progu usłyszałem od Bartka: - "Tata musimy jechać na zastrzyk!"

Brak komentarzy: